Morris i ja - historia naszego romansu

14:16


Co do moich zapędów w kierunku roślinnych wzorów nie muszę nikogo przekonywać. Dzięki komu je mam? Winowajcą jest on: brodaty, XIX-wieczny obrońca sztuki rękodzielniczej w czystym wydaniu - William Morris, którego postać przybliżyłam Wam we wcześniejszym wpisie (klik).


Od kiedy jestem uzależniona? Moja platoniczna miłość do Williama Morrisa sięga czasów liceum, kiedy to trafiłam na jego projekty w trakcie przygotowywania się do matury z historii sztuki. Wciągnęłam się w sztukę prerafaelitów i przy okazji poznałam Morrisa. Pamiętam dokładnie jak siedziałam godzinami gapiąc się w jego kwiaty (wtedy miałam jeszcze zapędy czysto malarskie), w rysunki przywodzące na myśl średniowieczne witraże, kosiła mnie z nóg wnikliwa obserwacja natury i niesamowita ilość pomysłów na kompozycje detali! I te palety barwne! Morris wrócił do mnie na studiach - zarówno na ASP, jak i Historii Sztuki. Wtedy zamiast skupić się na licencjacie (wiadomo) zaczęłam się aktywizować rękodzielniczo i blogowo. Zaczęłam też szyć i coraz bardziej wzdychać do jego tkanin. Co prawda studiując poszłam ścieżką mediewistyczną, ale jak już wiecie Morris inspirował się sztuką gotycką, więc nigdy nie był on dla mnie odległym tematem.

Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się okazja w sieci, aby kupić tkaninę Morrisa. Jak szalone rzuciłyśmy się razem z Suspirią! Drżąc z uciechy kupiłyśmy w szaleńczym amoku na spółkę kawał pięknej tkaniny. Nie macie pojęcia jak się bałam przeciąć ją na pół nożyczkami! "Myrtle", projekt z 1875 r. Nie będzie chyba zaskoczeniem jak napiszę, że równie szalenie się cieszyłam z zakupu co pękałam z rozterki, co z niej uszyć? Za mało na spódniczkę, a może uszyć poszewki, torbę, obrus (a jak się poplami?), kosmetyczkę? To z tej tkaniny uszyłam jedną z pierwszych nerek - powstała ona właśnie dla Ani Suspirii. Tkaninę od razu sfotografowałam - osoby zaglądające tu dłużej mogą pamiętać, że dość długo przewijała się w tle loga i pojawiała się czasem na blogu.


Tak więc Ania doczekała się nerki, ja z kolei uszyłam sobie ostatecznie poduchy na krzesła (więcej o nich: klik), kilka portfeli - w tym mój (klik) i nerek. Kawałek jeszcze na mnie czeka!    

mój były, bardzo efemeryczny kącik krawiecki w poprzednim mieszkaniu
Od tamtego czasu dostałam lekkiego świra na punkcie gromadzenia tkanin i rzeczy związanych z projektami Morrisa. W 2012 r. magazyn "Zwierciadło" wypuścił serię kalendarzy w morrisowskie wzory - miałam go i ja! Do dziś mam też poniższe kolczyki i przypinkę, które sama sobie zrobiłam.


Wiecie jaki był jeden z pierwszych prezentów, który dostałam od mojego Męża? Tylko zobaczcie!


Do mojej małej kolekcji należy cudna bawełna w print gałązek wierzbowych oraz tkaniny z serii "Golden Lily", zaprojektowane w firmie Morris & Co. w 1899 r. (już po śmierci Morrisa). Szyłam z nich torby, poduszki, moja Mama doczekała się kosmetyczki (klik).


No i moja duma - nerki! klik


Dorzucę Wam anegdotkę.

Jakiś czas temu na targach podeszła do mnie pani z chęcią kupna nerki. Wzięła do ręki Morrisa, na co ja się wylałam i zaczęłam opowiadać co to za tkanina. Obok stała dziewczyna, która sprzedawała sukienki (półka cenowa: ok 300 zł/szt) i zareagowała: "Serio? Ja taką tkaninę kupiłam w lumpie za 10 zł i uszyłam z niej sukienkę! Gdybym wiedziała, że to takie drogie to bym więcej skasowała!". Oniemiałam i powiedziałam w duchu: "to ty nie wiesz z czego ty w ogóle szyjesz?!".

Tak wygląda przeciętna wiedza o Morrisie w Polsce i pomysł na biznes rękodzielniczy "no to się nachapię". Dla mnie Morris to stanowczo nie coś - tylko ktoś, i to ktoś więcej. I za każdym razem, kiedy biorę te tkaniny w dłoń, ręka z nożycami mi zadrży. Zawsze ;)

Joanka

You Might Also Like

19 komentarze

  1. Te kolczyki są naprawdę obłędne! :) nie przepadam za nerkami, ale kolczyki i kalendarze są świetne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję, zyskałam nową wiedzę. Sama taki notesik miałam. Choć z wzorami kwiatowymi mam problem, jakoś nie umiem w nich się odnaleźć i nosić to oglądanie sprawia mi dużą przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam taki problem, że szkoda mi takich rzeczy używać, a przecież po to służą ;) Zgodnie z morrisowskimi założeniami staram się przełamywać i korzystać z takich pięknych przedmiotów na co dzień - w końcu są zrobione dla nas :)

      Usuń
  3. Bardzo dziękuję za taką wiedzę, teraz i ja będę dokładniej przyglądała się tkaninom z których szyję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, bo można się porządnie zaskoczyć :)

      Usuń
  4. Anonimowy1/4/16

    Bardzo podobają mi się te tkaniny ;). Cieszę się, że zostałam właścicielką nerki z Twojej pracowni. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś znajdę tutaj coś dla siebie. Oczywiście w kwiaty!. Przy okazji chciałam spytać o pochodzenie stołu widocznego na zdjęciu. Szukam właśnie małego, zgrabnego ale solidnego stolika pod maszynę(stary Łucznik, prawie 20kg żywej wagi). Na razie szyję na odziedziczonym, ręcznie robionym stole, który wygląda jak połączenie nóg od krzesła i drzwi od szafy. Jest wytrzymały ale paskudny. Czy mogę skorzystać z Twojego doświadczenia i spytać jaki według Ciebie mebel najlepiej się nada?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ja jestem skąpcem i minimalistką w zakresie szukania mebli - biorę, co jest (wystrój naszego mieszkania na tym punkcie kuleje :P). Ten stół dostaliśmy od kolegi, bo miał na zbyciu, a nam pasował wielkością do kuchni. Najważniejsze, aby był mocny, solidny i odpowiadał użytkownikowi. Wiadomo, że najlepszy jest z prawdziwego drewna :) Ja osobiście szukałabym po rodzinie, na allegro lub olx (można znaleźć supermeble za grosze + szlifierka i mamy piękny mebel!). Gdybym miała pieniądze to po prostu poszłabym do stolarza, bo na sklepach meblowych w związku z powyższym nie znam się totalnie ;)

      Usuń
  5. Cudowne są te tkaniny! Po prostu cudowne! Chyba skutecznie zainteresowałaś mnie historią tego brodacza. Dzięki wielkie za te wszystkie informacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Czasy wiktoriańskie są cudowną kopalnią inspiracji, nawet dla nowoczesnego rękodzieła!

      Usuń
  6. Piękne te tkaniny i cudowne wzory. Choć prerafaelitów uwielbiam, nigdy nie wgłębiłam się w tkaniny Morrisa, a szkoda. Gdybym miała taką, pewnie nie zdecydowałabym się jej pociąć, bo każdy pomysł na jej wykorzystanie wydawałby mi się niewystarczająco dobry (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie z tego powodu pierwsza tkanina leżała chyba 2 lata na półce (po uszyciu nerki Ani) zanim się przełamałam i wymyśliłam coś sensownego. Teraz mam mniejsze opory - tkaniny, zgodnie z zasadami Williama, są po to by z nich szyć! :)

      Usuń
  7. Szycie to wciąż dla mnie czarna magia...a tkaniny,lubię oryginalność :) Morrison(poznany dzięki Tobie)własnie tak projektował:)
    Szyłam ostatnio ...zapraszam do siebie:)http://wydzierganemysli.blogspot.com/2016/03/nowe-zycie-starego-fotela.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Morris, Morrison to totalnie inna bajka :D Cieszę się, że i Tobie mogłam przybliżyć jego postać!

      Usuń
    2. Oczywiście Morris...jego tkaniny ani trochę nie są psychodeliczne:)

      Usuń
  8. Oj, przydałby mi się taki notes :D

    OdpowiedzUsuń
  9. witam, gdzie kupujesz tkaniny Morrisa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szukajcie a znajdziecie. W tym wypadku pokazuję rybkę, ale wędki nie dam ;)

      Usuń
  10. Przepiękne wzory :) a nad takim materiałem to ręka pewnie każdemu drży hih :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zakochałam się! Jeśli kiedyś uda mi się znaleźć takie piękne tkaniny, kupię na kilometry i będę je głaskać. Jednak w tej chwili mam za mało umiejętności, żeby takie cuda niszczyć :).

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad!

Uprzejmie uprzedzam, że wszelkie komentarze wystawiane przez firmy, będące próbą podbicia pozycjonowania swojej strony będą kategorycznie usuwane. Lubię swojego bloga, lubię grzyby, nie lubię pasożytniczych hub!

Facebook

INSTAGRAM

Subscribe