Wakacje życia

20:27

Przygotowania do ślubu rozciągnęliśmy w nieskończoność, sam ślub też. Po tym przyszedł czas, aby w jeden dzień się spakować i wyruszyć w nieznane, bez planu. Życzę każdemu takiej podróży poślubnej!


W skrócie: po zeszłorocznych, górskich doświadczeniach (dla ciekawych: klik) po raz kolejny postawiliśmy na podróż bez większych konkretów - wiedzieliśmy, że to będzie dla nas najlepsze. Jeszcze przed planowaniem ślubu, w lutym, kupiliśmy bilety na festiwal Samsara pod Budapesztem – po ustaleniu daty zaślubin wiedzieliśmy, że to będzie ciekawa podróż poślubna ;) Mieliśmy dwa punkty zaczepienia: dotrzeć na czas na festiwal i marzenie, aby dotrzeć do Włoch. W rezultacie na skutek złych obliczeń wylądowaliśmy szczęśliwie na Węgrzech dzień wcześniej, do Włoch też dojechaliśmy. Mnie marzyła się Rawenna, Pawłowi - zgłębienie włoskiej kuchni. Poruszaliśmy się stopem, pociągami i blablacarami. W każdym miejscu chcieliśmy pobyć na tyle, aby wyczuć klimat - nie zależało nam na odhaczaniu punktów na mapie tylko zachłyśnięciu się smakiem, zapachem i krajobrazem. Schodziliśmy Budapeszt, kąpaliśmy się w Balatonie, dotarliśmy na Samsarę (5 dni wylegiwania się w hamakach na zmianę z jogą przy psytransowej muzyce, ach!). Stamtąd razem z nowo poznaną parą - Ingrid i Krisem -  wyruszyliśmy do Wiednia. Potem Tyrol - obie stolice: Innsbruck i Bolzano. I dalej już tylko Włochy: Werona, Bolonia, Rawenna, Wenecja i Udine, skąd po blisko 3 tyg. podróży postanowiliśmy wrócić do domu, zahaczając jeszcze raz o Wiedeń (gdzie sprzed nosa uciekł nam pociąg jadący bezpośrednio do Gdyni).

Festiwal Samsara - Siofok-Toreki
Widok z namiotu!
Balaton
Budapeszt
Belweder wiedeński
Opera - jedno z małych marzeń Pawła odkąd dostał płytę Tosca - "Opera" ;)
Innsbruck o świcie
 
Alpy
Werona
Tak wygląda wyjście z dworca kolejowego w Wenecji (budynek z prawej)

Rawenna od czasów studiów była na pierwszym miejscu na mojej liście marzeń - wylądowaliśmy w niej... w dniu moich urodzin! To, jak wyglądają mozaiki nie da się opisać i żadne zdjęcie, jakie widziałam, nie oddaje ich kolorów! Najpiękniejszy prezent, jaki dostałam. Równie mocno cieszyłam się jak po wyjeździe z Wenecji z prawie pustym portfelem odkryłam, że mogę wypłacić swoją kartą pieniądze z bankomatu :P Nie liczcie na kantory we Włoszech! 


To była pierwsza tego typu podróż za granicę. Co nas przerastało? Bywało tak, że lądowaliśmy w totalnie obcym miejscu w nocy, bez opcji zameldowania się w hostelu i bez wody przy prawie 40 st. upale (tak, w nocy). Mieliśmy zbyt mocno napakowane plecaki ("Weź wełnianą czapkę - zobaczysz jeszcze Ci to życie uratuje!"), byliśmy przygotowani na każdą pogodę, a trafiliśmy na najbardziej upalne tygodnie lata. Bywało ciężko, ale wszystko ostatecznie obracało się nam na dobre. Raz Paweł kupując zimną wodę dostał za darmo dwa piwa, a ja w dniu urodzin dostałam super zniżkę na pokój + śniadanie (włoskie, na słodko - najlepiej!). Non stop spotykaliśmy dobrych i wesołych ludzi - tu królują Włosi i np. przejazd autem ze śpiewakiem operowym czy 2-godzinna gawęda, snuta przez przemiłego tyrolskiego przewodnika, który wziął nas na stopa. Nigdy też nie zapomnimy wspomnianych wcześniej Inrid i Krisa, którzy uparli się, by w ramach prezentu ślubnego zabrać nas do restauracji i koniecznie postawić wiedeńskie sznycle. Ponadto zorganizowali nam i zarezerwowali nocleg, odwieźli na stację metra i paluchem pokazali na automacie jak kupić bilety.

Jak spaliśmy? W miastach w hostelach - na miejscu szukaliśmy informacji turystycznych (na padające telefony często nie mieliśmy co liczyć), poza miastem - namiot. Czasem wychodziliśmy na przedmieścia i tam się rozbijaliśmy. Np. w Innsbrucku - rozbilismy się na obrzeżach, w górach i przeżyliśmy najgorszą i zarazem najpiękniejszą burzę - pioruny waliły jeden po drugim w Alpy, sosny gięły się do ziemi, deszcz lał jak z wiadra bite 3 godziny. A my akurat... przed chwilą rozbiliśmy namiot przy cmentarzu w lesie ^^. 

Siofok - Toreki
 
Innsbruck
Co nas zdziwiło?
To, że w Wenecji nie śmierdzi - przeciwnie: pachnie morzem (chyba, że zapuścisz się w spocony tłum sunący pielgrzymką na plac św. Marka lub w opuszczone, zasikane uliczki). Ponadto nie miałam pojęcia, że turystyczna część Wenecji jest po prostu wyspą! Werona - to nie jest małe zapyziałe miasteczko żyjące opowieścią o Romeo i Julii! ;) Dodatkowo ciekawostka: w całej północnej, tyrolskiej części Włoch czasem lepiej dogadasz się po niemiecku niż po włosku! Mało tego, nie raz spotkaliśmy się z tym, że dla Włochów i Niemców są inne ceny w menu - dobrze, że mówię po niemiecku, zaoszczędziliśmy parę gorszy ;) 

Siofok - Toreki (nasz prywatny wkręt: robimy zdjęcia śniadań) 
Werona
Wiedeń
Rawenna

Mimo zbyt ciężkich plecaków nie było opcji - dotargaliśmy do domu jeszcze butlę oliwy, mąkę na makaron i dwa opakowania makaronów
Po powrocie wybraliśmy się jeszcze na festiwal przypominający Samsarę - Dharma w Kożyczkowie. Po niej prawie co tydzień uciekaliśmy na Kaszuby i nawet się nie spostrzegliśmy jak razem z Pawła urodzinami przywitaliśmy jesień, zapach liści, jabłek, śliwek i kolory jarzębiny.
Okolice Słupska
Niesiołowice, Oliwa
Festiwal Dharma - Kożyczkowo

Zwykle o tej porze zawsze wyjeżdżałam na wakacje - lipiec i sierpień zasuwałam w pracy, aby łapiąc się na niezbyt upalną pogodę odpocząć gdzieś z dala od turystycznego motłochu. Teraz - mimo wyjazdu w największy upał i przebywania między hordą turystów mogę śmiało powiedzieć, że jestem po najlepszych wakacjach życia, spędzonych prawdziwie, sycie i w najlepszym Towarzystwie. Już mamy plany na kolejne przygody, ale rowerowe. Z nimi musimy jednak poczekać już do wiosny. Takie małżeńskie plany :)

Cieszę się, że dobrnęliście do końca - mam nadzieję, że udało mi się oddać choć trochę klimat wyprawy i zachęcić do podróży w nieznane, bo jak widać mogą i zaskoczyć i przybliżyć marzenia. Jeśli jesteście ciekawi szczegółowych wrażeń - pytajcie w komentarzach - opowiem. Jestem gadułą, nie chciałabym pisać w ramach posta książki.  

A jak Wasze wakacje i jesienne nastawienie? :)
Joanka 

You Might Also Like

22 komentarze

  1. Rewelacja! Też się tak kiedyś wybiorę. Tylko męża musze jakiegoś skołować :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówi moja Kumpela: "ponad wszystko liczy się pretekst!" ;)

      Usuń
  2. Takie "wakacje" to jest coś cudownego! W zeszłym roku też na takich byłam tylko, że celem była Serbia :) Zaliczyliśmy po drodze Słowację, Węgry i Chorwację. Budapeszt to według mnie najpiękniejsze miasto świata! Po trzech dniach czułam jakbym mieszkała w nim od zawsze. No i Serbia... Belgrad jest po prostu cudowny, a jedzenie BOSKIE. Eurotripy rządzą! Ps. Zdjęcie dworca w Wenecji mnie rozłożyło na łopatki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie! <3 My na pewno będzie eksplorować dalej Włochy i południe Francji. Budapeszt mnie tak szczególnie nie powalił szczerze mówiąc (niby Praga, ale nowsza), waluta to już w ogóle zmusiła mój mózg do wyciśnięcia dziwnych i zakurzonych zakamarków odpowiedzialnych za matematykę :D A co do Wenecji - tak, stanowczo polecam dostanie się pociągiem na stację Santa Lucia!

      Usuń
  3. Łza zakręciła mi się w oku... ze wzruszenia, trochę żalu, ciut z zazdrości (takiej lekkiej, pozytywnej). Pięknie! Jak dobrze móc powiedzieć "wakacje życia". Tego nikt Wam nie odbierze i zostaną do końca życia. Fajnie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co łez ronić, tylko brać los w swoje ręce i zbierać swoje własne, piękne wspomnienia ;)

      Usuń
  4. o były faktycznie wakacje i przygoda życia! Świetna relacja, cudowne zdjęcia - oficjalnie zazdraszczam ale tak bardzo pozytywnie. Nie wiem czy teraz z dzieckiem wybrałabym się na takie wojaże. Zresztą ja nie mam czego planować bo i tak jestem usidlona w domu na kolejne lata. W Wenecji byłam i pokochałam od pierwszego wejrzenia - nawet te zasikane, wąskie uliczki ;) W ogóle to Włochy są takim pozytywnym zakątkiem na mapie świata ale moje serce i dusza należy do Chorwacji, w której mogłabym mieszkać. Budapeszt jest CUDOWNY. Także byłam i potwierdzam. W sumie to człowiek mieszka niedaleko takich niedocenianych miejsc a tłucze się samolotem na drugi koniec świata do arabów. Tzn. nie ja ale znajomi owszem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Chorwacji jeszcze nie byłam - bardziej mnie ciągnie Słowenia. W trakcie mieliśmy chrapkę, aby dotrzeć do Włoch właśnie przez Słowenię, ale wyszła Austria ;) U nas właśnie problem polega na tym, że z Gdańska wszędzie na południe jest meeega daleko. Jak już się przejedzie te 700 km na południe to się otwiera milion bramek na wyjazdy. To jest coś, czego zazdroszczę Wam, mieszkającym na południu :)

      Usuń
    2. Otóż to - na Chorwację zasuwamy przez Czechy (blisko), Austrię, Słowenię i już jesteśmy. W sumie trochę dalej niż nad nasze morze ale za to drogi zdecydowane lepsze :D Godzinowo wychodzi dość podobnie.

      Usuń
  5. Budapeszt - miłe wpomnienia..., Włochy to też moje marzenie, może kiedyś uda się spełnić jak zdrówko będzie lepsze ;) Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budapeszt przyznam, że nie powalił mnie na łopatki, taka druga Praga, tylko w wersji nie średniowiecznej - ale przyjemne wrażenia są, owszem :) No to życzę zdrówka - we Włoszech zakochaliśmy się uszy i polecamy każdemu!

      Usuń
  6. Oj tak. Tez ciepło wspominam narzeczenskie i wczesnomalzenskie wakacje pełne wolności. Namiot, zero planu i jakiś przyjemny zakątek do poznania. W tym roku pewna młoda dama wybierając się na ten świat i gorąco na nim oczekiwana pokrzyżowała nam plany, ale za rok może się uda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że się uda - i na pewno też będzie cudownie! :)

      Usuń
  7. Świetna relacja i piękne zdjęcia! :) Oby więcej takich podróży, warto przeżywać przygody by mieć co wspominać :) Ja pare tygodni temu podróżowałam trasą Genewa - Annecy - Wenecja - Postojna - Budapeszt. Zakochałam się w Alpach, Wenecji i Budapeszcie (który to przypomina mi Kraków, ale taki nieco większy) :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Rety, Joanko! Tyle entuzjazmu, tyle radości, tyle uśmiechu, że na mnie od pierwszego już zdjęcia przeszło. :) Odwaga niesamowita! I zdjęcia cudne strasznie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszka14/9/15

    Jest nera i są zagłówki. :) Jak najbardziej urok bije ze zdjęć. Zazdroszczę, pozytywnie oczywiście!

    OdpowiedzUsuń
  10. Wyprawy w nieznane sa najlepsze!
    trzy razy podróżowaliśmy w ten sposób motorem we dwoje, celem przeważnie były Włochy, bo tam tak smacznie jest i pieknie:) ale po drodze zwiedzanie Niemiec, Austrii, Czech, a w tym roku i na południe Francji nas zniosło. prawie zawsze śpimy pod namiotem na dziko, często gotujemy na palniku, rano w kawiarce parzymy kawę z widokiem na świetne miejsca -> sporo bagazy, wyglądamy więc jak na napakowanym wielbładzie;)
    pewnie, ze gdy pada (przemakamy po kilkunastu minutach) lub jest upał (czarne ubrania i kaski), to trzeba przetrwać i już, ale emocje, napotkani ludzie i niespodzeiwane miejsca powoduja, że dla nas to najlepszy sposób podróżowania i poznawania świata:)
    powodzenia w planach:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękna wycieczka :) przyjemnie pooglądać zdjecia ! Te Wasze poduchy ... świetne !

    OdpowiedzUsuń
  12. cudowne wakacje! mam nadzieję, że gdy nasze dzieci podrosną na tyle by móc bez wyrzutów sumienia podrzucić je babci na dłuższy czas, nie będziemy z mężem za starzy i za leniwi by wybrać się na choć ciut podobną do Waszej wyprawę :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Joanko gratulacje z okazji ślubu! A takie wakacje z pewnością niezapomniane. Piękne zdjęcia i aż zazdroszczę zwiedzenia tylu miejsc :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Cudowna podróż poślubna ;)
    Nas na naszej podróży też bardzo zaskoczyła Werona, a z tego że na północy mówią do nas po niemiecku byliśmy mniej zadowoleni niż Wy ;)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad!

Uprzejmie uprzedzam, że wszelkie komentarze wystawiane przez firmy, będące próbą podbicia pozycjonowania swojej strony będą kategorycznie usuwane. Lubię swojego bloga, lubię grzyby, nie lubię pasożytniczych hub!

Facebook

INSTAGRAM

Subscribe